
Dziennik pokładowy: Właśnie przemierzamy Xen – świat graniczny, wymiar przez który przewala się całe ścierwo tego wszechświata. Podobno nic tak naprawdę nie pochodzi z Xen, to jedynie przedpokój gdzie wszyscy się spotykają i wymieniają się pokemonami. Zgubiło się tam wiele biednych stworzeń jak: Gargantuy, Gonarche i Elvis .
Tak naprawdę to nigdy nie lubiłem Xen. Skakanie po jakichś platformach, tekstury przypominające zwrócony obiad, skakanie po platformach…
Dla mnie pierwszy Half-Life to zawsze będzie Black Mesa. Niekończące się korytarze, tajemnicze pomieszczenia, wielkie urządzenia o nie do końca wiadomym przeznaczeniu, wielkie wirujące i wybuchające generatory super tajnych promieni i inne rządowe gadżety. Najbardziej lubiłem te partie gdzie samotnie pokonywało się lokacje opanowane przez obcych (patrz Silos D), gdzieś tam w przeogromnym tajnym kompleksie badawczym. Moglem się tak włóczyć miesiącami, nie wiedząc gdzie właściwie jestem, jak głęboko, ile czasu tak krążę i co rząd naprawdę ukrywa przed obywatelami. Jakoś przebolałem poziomy na powierzchni, które według mnie są znacznie słabsze od wnętrz, nie było już tam tej atmosfery kompletnej niewiedzy. Widzieliśmy już gdzie mniej więcej jesteśmy, słońce, plaża, budynki i skały, żołnierze, macki… Dlatego zawsze gdy nadarzała się okazja by zanurkować s powrotem w głębiny Black Mesy czym prędzej to robiłem. Nie lubiłem w HL walk na powierzchni, były takie prostackie
W porównaniu z wysmakowanymi wnętrzami tutaj brakowało finezji. Czołgi, rakiety, żołnierze, ee tam, to jest wszędzie.
A na końcu Xen. To było spore rozczarowanie. Cały czas gdzieś tam w głębi duszy miałem nadzieję, że wrócę jeszcze do obdartych korytarzy laboratorium, przytulę się do zimnych ścian silosów. A tu dupa, tylko ten kosmos i kosmos. Nudno nie było, mieliśmy przecież sporo rozrywek, jak latanie na gejzerach, teleporty, świecące oczka no i Gonarch. Wielki headcrab z przerośniętą moszną to był jeden z najlepszych momentów w Xen. Wreszcie dowiedziałem się skąd się biorą headcraby, że przechodzą różne stadia rozwoju i że te przezroczyste są bardziej upierdliwe od zwykłych.
Bardzo długo nie wiedziałem o co chodzi z Nihilantem i do tej pory wydaje mi się, że został doczepiony trochę na siłę, bo wszyscy przyzwyczaili się do final bossów i nie mogło jednego zabraknąć. Dodano historyjkę o jego przewodniej roli i wszyscy byli zadowoleni
Xen nie było takie całkiem złe, miało oryginalny design i kilka jasnych punktów, ale było trochę przydługie (jak dla mnie), zakończenie gry prostowało całość (mam na myśli G-mana, a nie wodogłowie NIhilanta), jednak niesmak pozostał, a ja byłem nadal myślami w BM. Na szczęście potem wyszły jeszcze dwa oficjalne dodatki i takie freaki ja ja znów mogły się tam przenieść. Fani też nie próżnowali i robili świetne mody. Właściwie, to robią nadal.
ps. Ciekawe jak Xen będzie się prezentować w modzie Black Mesa. Na razie to wielka tajemnica.